Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katowice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katowice. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 marca 2018

Awangarda zagościła w Galerii Szyb Wilson w Katowicach



9 marca odbył się wernisaż II Przeglądu Sztuki Współczesnej Nowa Awangarda. Ogromne wnętrza Katowickiej Galerii Szyb Wilson od dawna nie gościły tylu widzów jak w ten wieczór. Artyści, kolekcjonerzy i miłośnicy sztuki współczesnej przybyli zobaczyć inaugurację tej zbiorowej pokonkursowej wystawy.



Ciekawy pomysł na ekspozycję prac, za to wielkie brawa dla pracowników Galerii.
fot. Małgorzata Skorupa | Galeria Szyb Wilson, zdjęcie pożyczone z Facebooka Galerii


Choć Irma Kozina i Marek Kamieński zgodnie stwierdzili, że awangardy obecnie w sztuce nie ma, to jednak warto zagłębić się w wystawę Nowej Awangardy i poszukać w niej czegoś innowacyjnego. Ćma osobiście też twierdzi, że w malarstwie wszystko zostało już powiedziane, a współcześni malarze pokonują tylko sobie postawione bariery, nie odkrywając niczego nowego. Nie zaskakują, a jeżeli szokują to tylko kontrowersją tematu, nie sposobem wykonania. Dlatego warto jednak wyjść z kręgu malarstwa i spojrzeć całościowo na sztukę współczesną. Po to właśnie ten przegląd. I choć spośród ponad 200 artystów, tylko kilkunastu pokazuje coś innego niż obraz, to właśnie na te dzieła „inne niż wszystkie” zwróciłam szczególną uwagę podczas wernisażu. Ciekawe minimalistyczne rzeźby, naturalnych rozmiarów instalacje przypominające sylwetki człowieka czy moja ulubiona rzeźba stojąca nieco na uboczu w Dużej Galerii, przytłumiona przez kolorowy pokój lekarski  - stałą ekspozycję znajdującą się za nią, a prezentowana w konkursie instalacja swoją wymową zarówno szokuje, jak i intryguje. Jest to skulony naturalnych rozmiarów człowiek, pokryty włóknem, jakby mięśniami w rozkładzie, za nim wisi ogromny kokon kryjący czas. 
W drugim kącie Dużej Galerii ukryta jest galeria plakatu i grafiki – kolejna moim zdaniem awangardowa dziedzina sztuki, która zarówno techniką jak i pomysłem wykonania przełamuje schematy. Warto tam się zatrzymać na chwilę i przeanalizować każdą z kilkunastu grafik, niech przeładowanie tego pokoiku ilością dzieł Was nie odstraszy. Ciekawym pomysłem okazała się instalacja znajdująca się w centrum Dużej Galerii. To na metalowym rusztowaniu zawieszone rysunki, grafiki, tkaniny – wszystko tworzy interesującą całość, choć każde z dzieł to indywidualna praca każdego artysty. 

„Nowa Awangarda” to także konkurs. Wyłoniona została trójka laureatów, ich prace zostały specjalnie oznaczone, więc odwiedzając Galerię zwróćcie na to uwagę. Ćma zdecydowanie nie zgadza się z werdyktem jury, ma swoich faworytów. Jeśli do 20 maja odwiedzicie Galerię Szyb Wilson w Katowicach koniecznie dajcie mi znać jakie są Wasze ulubione prace z tej wystawy. Ja swoje typy zachowam dla siebie ;)

Ciągnie swój do swego, czyli ćmy ;)
Ciekawa kompozycja z ćmami, nie zapamiętałam autorki,
ale gdy tylko odwiedzę wystawę na spokojnie, to uzupełnię informację.
                                                   

czwartek, 18 stycznia 2018

Seks w teatrze. Ostatnie tango w Teatrze Śląskim



Nie zdążyłam opowiedzieć o genialnym pożegnaniu z tytułem „Chłopca z łabędziem” Villqista, a już temat się przeterminował, ponieważ zaliczyłam kolejną wizytę w Teatrze Śląskim.

Tym razem w końcu „Ostatnie tango w Paryżu” Alleya w reżyserii Jacka Bały. 

Teatr Śląski z trochę innej perspektywy, bo nie od frontu.
Tak samo jak opisywana przeze mnie sztuka - nie na scenie głównej, a na scenie w Malarni


Trudna historia o miłości, pożądaniu i śmierci


Młoda piękna dziewczyna przychodzi do mieszkania w paryskiej kamienicy, zamierza je wynająć dla siebie i swojego partnera. Tam gwałci ją dużo starszy mężczyzna. I rozpoczyna się seksualna gra między nimi. Wszystko jest w idealnym układzie – ona nie zna jego imienia, on jej, spotykają się w obskurnym mieszkaniu tylko po to, by uprawiać seks. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie uczucia. Jak to zawsze w życiu – one komplikują wszystko.

I tak historia się toczy, nie będę zdradzać więcej. Jeśli oglądaliście film o tym samy tytule – to wiecie o co chodzi. I nie idźcie już do teatru.

Dlaczego nie lubię snobistycznych określeń o wyższości…


Choć ze wstydem przyznaję, że sama często łapię się na snobistycznych zachowaniach tego typu, zazwyczaj w kwestii kin studyjnych i komercyjnych – te drugie uważam za gorsze i filmy w nich wyświetlane również, uznaję tylko niszowe i artystyczne kino europejskie. Prawdą jednak jest, że nie lubię zestawień „wyższości nad”, bo to nieprawda, że teatr jest zawsze lepszy od kina, „Ostatnie tango w Paryżu” pokazało zawodność tego stwierdzenia. Film oglądałam jakiś czas temu, podobał mi się. Tym chętniej wybrałam się do teatru. Chciałam zobaczyć, jak tak kontrowersyjny temat i odważne sceny zagrają na żywo. Chciałam zobaczyć na własne oczy skąd ta burza o seks w teatrze.

Problem spodni


Czasem miałam wrażenie, ze największym problemem tej sztuki są spodnie. Bo choć wyobraźnię mam raczej bujną, to jednak trudno było mi sobie wyobrazić seks przez spodnie. Ten gest gwałtownego rozpinania paska, który miał świadczyć o zdjęciu spodni. To gwałtowne wczepienie się w siebie dwojga ciał. W ubraniu. Komiczne.

I choć aktorzy moim zdaniem grali bardzo dobrze, a już na szczególną pochwałę zasługuje główny bohater (Grzegorz Przybył jako Paul), to jednak udawanie w żywe oczy było dla mnie nie do przejścia. I ktoś może teraz zapytać „to co, chciałaś by się rozebrali i uprawiali ten seks na scenie naprawdę?” Nie wiem czego chciałam, ale na pewno nie chciałam takiego komicznego rozwiązania.

Ogólnie zasada w życiu jest taka, że nic się nie musi. Nie ma obowiązku robienia czegokolwiek. I przedstawień teatralnych z seksem w roli głównej też nie trzeba robić. Zwłaszcza gdy się nie ma pomysłu na autentyczne czy artystyczne rozwiązania.

Sztuka nie wywołała u mnie jakichkolwiek skrajnych emocji – ani zachwytu, ani oburzenia. Nie polecam.



Mocne 4/10

środa, 4 października 2017

Letni miszmasz

Po wznowieniu bloga, kilka miesięcy temu, obiecałam regularność. Na obiecywaniu się skończyło. Oczywiście nie przestałam szlajać się kulturalnie, ale problemy techniczne, brak czasu i brak Internetu stacjonarnego (tak, takie rzeczy się zdarzają, w XXI wieku!) sprawiły, że o wpisach nie myślałam. Ale żebyście nie byli stratni i nie czuli się opuszczeni przez Waszą Ćmę, postanowiłam zdać krótką relację co nowego u mnie i co fajnego widziałam od tego 28 lipca, czyli od koncertu Bukartyka w Warszawie, nad którym ostatnio się zachwycałam, a później zamilkłam. Będzie krótko, zwięźle i w punktach (przynajmniej postaram się, takie mam wstępne założenie).


Przede wszystkim Ćma przeprowadziła się do Katowic i tu sobie pomieszkuje chwilowo. Katowice to piękne miasto jest. Widziałam już Spodek i NOSPR, co prawda tylko z zewnątrz, ale wrażenie i tak robią ogromne. Poza tym standardowo zachwycam się tramwajami, a nieopodal Rynku jest najlepsza na świecie pączkarnia, o czym Ćma koniecznie musiała wspomnieć. (W ogóle mam wrażenie, że Katowice to miasto węglem i pączkami stojące)

Widok na główny plac Nikiszowca. Z przyczajenia. 

  1. Na końcu świata, prawie już w Sosnowcu, znajduje się najpiękniejsza dzielnica Katowic – Nikiszowiec. Składa się ona z tradycyjnych, sięgających XIX wieku, familoków, czyli zabudowań robotniczych. To przepiękne kamienice z czerwonej cegły, rzędem stojące wzdłuż wszystkich wąziutkich uliczek Nikiszowca. Na skraju Nikisza, na granicy z Janowem (dzielnicą iście artystyczną), znajduje się Galeria Szyb Wilson, w której to Ćma spędza ostatnio najwięcej czasu. Pierwszym wydarzeniem, prawdziwie światowym, w którym wzięłam udział, był X Art Naif Festiwal, czyli Festiwal Sztuki Naiwnej. Galeria Szyb Wilson od czerwca do sierpnia wypełniła się przepięknymi, pełnymi kolorów i miłości obrazami artystów naiwnych. Czym jest sztuka naiwna wspomnę pewnie jeszcze kiedyś.
  2. W międzyczasie wybrałam się do kina. Na normalnie biletowany film, czego w Lublinie nie robiłam, bo tam miałam ogromną ofertę darmowych seansów. Jednak zwiastuny „Podwójnego kochanka” François Ozona tak mnie intrygowały, że postanowiłam złamać się i odwiedzić jedno z katowickich kin. Zawiodłam się okropnie. Historia może i intrygująca, ale bardziej nudna niż wciągająca. Thriller z tego żaden, film erotyczny jeszcze bardziej. Jedynie określenie „psychologiczny” jakoś się zgadzało. Co zabawne, film jest od 18 roku życia, więc na sali kinowej siedziały same dorosłe osoby, a mimo to, przy scenach erotycznych, panie chichotały jak nastolatki przy książce od biologii.
  3. 26 sierpnia na zakończenie lata w Tychach w parku pod żyrafą (tam faktycznie z jednego pomnika zrobiono żyrafę! Wcześniej on z wyglądu był podobny zupełnie do niczego) odbyły się koncerty. Ja pojechałam głównie na Miuosha, ale ostatecznie zostałam na wszystkich. Po Miuoshu na scenę weszli Acid Drinkers – to zdecydowanie nie moje klimaty, nie to miejsce, nie ta pora. Rozbolała mnie jedynie głowa nagrzana popołudniowym letnim słońcem. Później przyszedł czas na Myslovitz. Jest to zespół, którego ja słucham z przyjemnością, taki też był ten koncert. Kilka znanych hitów starego Myslo, kilka nowych piosenek epoki porojkowej, wszystko złożyło się w miły i odprężający koncert (odprężający zwłaszcza po Acid). Zapadł już zmrok, więc słońce przestało być już udręką. Na koniec na scenie pojawił się zespół T.Love, który chyba ma się żegnać ze sceną, ale ciągle nie mogą doliczyć się pieniędzy na koncie, więc pożegnalna trasa trwa i trwać będzie przez kolejne 10 lat, tak na moje oko.
  4. Dwa tygodnie później wybrałam się do Tarnowskich Gór na Gwarki. Oczywiście główną i jedyną atrakcją dla mnie miał być koncert Miuosha. Znów zabójcza pora – tuż przed 16, tym razem słońce nie dało się we znaki aż tak jak w Tychach. Publiczność też jakby trochę bardziej dopisała niż ta tyska. Zawiodła za to technika, w trakcie koncertu muzycy mieli problem z nagłośnieniem, co bardzo zdenerwowało Miuosha, który jest perfekcjonistą i nie lubi takich wpadek. Po kilku przerwach technicznych, koncert mógł już w najlepsze dobiec do końca. Mam taką małą osobistą uwagę – materiał z nowej płyty („Pop”) nie brzmi uż tak świetnie jak ten z „Pana z Katowic” czy „Piątej strony świata”. „Pop” sam w sobie bardzo mi się podoba, koncertowo jednak nie broni się. Oczywiście starsze kawałki również są grane – one wypadają rewelacyjnie.
Zanim poszłam na koncert, postanowiłam sprawdzić co jeszcze oferują tarnogórskie Gwarki. Okazało się, że to wspaniały jarmark rękodzieła i wyrobów rzemieślniczych. Kilkadziesiąt straganów z pięknymi dziełami sztuki, naprawdę warto poświęcić chwilę na oglądanie i zakupy.
  1. 14 września w Galerii Szyb Wilson odbył się uroczysty wernisaż wystawy malarstwa „7 wymiar sztuki”. Jest to wystawa zrzeszająca cztery południowopolskie okręgi Związku Polskich Artystów Plastyków. Gości było niewielu (wszak kto ma czas w czwartek o 18, by przyjechać na ten katowicki koniec świata?), ale za to dawało to możliwości na miłe osobiste pogawędki wśród dzieł sztuki. Wystawa wisieć będzie w Galerii jeszcze do końca października, więc naprawdę zachęcam. Przy okazji warto zajrzeć na Dużą Galerię, bo tam tego samego dnia swoją premierę miała wystawa „Kobiety”, prezentująca kilkanaście wybranych obrazów z prywatnej kolekcji Galerii, a wszystko połączone pierwiastkiem jakże ciekawym, bo kobiecym.
  2. Trzy dni później czekała mnie wycieczka do Kielc – tam w Pałacyku Zielińskich grał Piotr Bukartyk. Sala pękała w szwach, mimo brzydkiej pogody kielczanie tłumnie przybyli na koncert. I choć mówię tak o każdym koncercie Bukartyka, to ten naprawdę był wyjątkowy. Artysta powrócił do piosenek, których nie grał od lat („W sprawie sztuki filmowej”) i takich, które w małym gronie instrumentów brzmią najlepiej („Nawet mam już ten dom” – nie bez znaczenia przy tej piosence było świętokrzyskie, bo to właśnie z Buskiem związany był Bellon). A najważniejsze, jeszcze nigdzie indziej nie była grana druga wersja „Kup sobie psa”, ta filmowa, co świadczy o największej wyjątkowości kieleckiego koncertu.
  3. W kolejny weekend w Galerii Szyb Wilson odbył się Katowice Tattoo Konwent. To wielkie święto tatuażu przyciągnęło artystów i fanów z całej Polski. Przez cały dzień przypatrywałam się z zachwytem pracy prawdziwych artystów. Na moich oczach powstawały niepowtarzalne i niezniszczalne dzieła sztuki na ciele. To był naprawdę intrygujący dzień. Jedynie żal taki, że byłam tylko biernym widzem.
    Praca nad nowym dziełem sztuki i przerażone minionki. 

  4. W ostatni dzień września miałam spotkanie z zupełnie odmienną sztuką, sztuką teatralną. W ramach Metropolitarnej Nocy Teatrów, kolejny raz w Galerii Szyb Wilson pojawił się Teatr Śląski z przedstawieniem „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci”. Dawno nie byłam w teatrze, dlatego cieszyłam się podwójnie na ten wieczór. Niestety spotkało mnie wielkie rozczarowanie. Tak, sztuka była obrazoburcza i kontrowersyjna, ale czasem to nie wystarcza, by wstrząsnąć widzem i wzbudzić zainteresowanie. Ja byłam już znudzona kolejnymi przewidywalnymi scenami z tańcem i figurami gimnastycznymi nagich aktorów. Nie wiem czemu służyć miały gumowe maski na twarzach, nie przedstawiające żadnych emocji. Może wynikało to ze zbyt wielkiej ilości postaci, a małej aktorów? Może to po to, by ludzie nie zorientowali się, że w kolejnej scenie, to właśnie Hitler tańczy nago na scenie jako niemiecki lekkoatleta? Na wyróżnienie zasługuje jedynie żywy instrument na scenie – perkusja w rogu sali, która w odpowiednich momentach dawało o sobie znać. Taki interesujący przerywnik w monotonii przedstawienia.
No i tak właśnie minął mój sierpień i wrzesień. A u Was co ciekawego się działo? Opowiadajcie w komentarzach.  
Niech moc będzie z Wami.
Do zobaczenia w Kato. 

sobota, 24 września 2016

"Dziś powietrze pachnie jak ostatnie dni wakacji"


Tak, tak, moi drodzy, wakacje się kończą, pora wracać na nasze kochane uczelnie, do naszych kochanych profesorów i doktorów, do naszych kochanych prac magisterskich. Tymczasem powspominajmy jeszcze wakacje. Ja całe z własnej woli i bardzo ważnego powodu spędziłam w domu rodzinnym, ograniczając wyjazdy do minimum. Ale to nie znaczy, że całkiem zdziczałam zamknięta w jaskini. Czasem wychodziłam. I teraz Wam opowiem, co kulturalnego Ćma robiła przez te prawie trzy miesiące. 

Tytuł wpisu zaczerpnęłam z piosenki Taco Hemingwaya „Deszcz na betonie”, moim skromnym zdaniem epka, która ukazała się w lipcu, jest póki co najlepszą płytą tego roku. Piszę „póki co”, bo najlepsza płyta jeszcze się nie ukazała, ale się ukaże i wtedy zajmie sobie bez trudu pierwsze miejsce. Nie napiszę co to za płyta, niech to zostanie tajemnicą, sami zobaczycie w swoim czasie, ja już na samą myśl przebieram odnóżami ze szczęścia. Na jesieni ma się z kolei ukazać nowa płyta Taco „Marmur”, a w listopadzie szykuje się koncert tego artysty w Lublinie i nie chwaląc się, a właściwie to trochę chwaląc, ja już swój bilet mam, bo nauczona doświadczeniem, wiem, że bilety na jego koncerty sprzedają się szybciej niż karpie w Lidlu. Szykujcie się więc na wpis o największym hipsterze wśród raperów. 

Moje wakacje rozpoczęły się koncertem Piotra Zioły w Radiu Lublin, o którym już wspominałam, więc nie będę więcej się rozpisywać. W każdym razie, zaczęło się fajnie, trochę rockowo, trochę garażowo. Później udałam się z krótką wizytą do Sandomierza, w celach co prawda nie kulturalnych, ale skończyło się sztuką wyższą. Była to wystawa dzieł Rafała Olbińskiego w sandomierskim Zamku. Muzeum Okręgowe zgromadziło pokaźną kolekcję (20 sztuk) inkografii oraz osiem obrazów olejnych. Jest to jeden z moich ulubionych artystów, dzieła jego mają w sobie pewną moc przyciągania i nie sposób się nad nimi nie zachwycać. Dlatego ucieszyłam się bardzo, gdy całkiem przypadkowo zobaczyłam plakat promujący tę wystawę. Było naprawdę warto, naprawdę. Dzieła te na żywo są jeszcze bardziej bajkowe, jeszcze bardziej tajemnicze, jeszcze bardziej zmuszają do rozwijania wyobraźni. Świat kreowany przez artystę ma w sobie coś takiego, że chce się do niego wejść, wydaje się, że otwarte niebo wprost zachęca nas, by wejść w nie i zobaczyć co jest głębiej. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie trafiliście nigdy na Rafała Olbińskiego, to zapamiętajcie teraz to nazwisko, nie czytajcie dalej, wpiszcie w przeglądarkę i rozkoszujcie się piękną sztuką. 



Taką miałam niespodziankę rano, wieczorem zaś trafiłam na koncert Roberta Kasprzyckiego do Kielc. O tym koncercie też już pisałam, więc przypomnę tylko, że było rewelacyjnie, śmiesznie-mądro, lirycznie-satyrycznie. Koniec lipca spędziłam na południu Polski. Kulturalnie nic tam się wtedy nie działo, choć pewnie dziać się działo, tylko ja na nic nie trafiłam. Jednak krótka refleksja na temat tej wycieczki znajdzie się w drugiej części wpisu z wakacji. Tak, tak, dobrze rozumiecie – notka o wakacjach będzie w odcinkach! No ale póki co - tak mi lipiec minął. 

Sierpień nie należał do najbardziej szalonych miesięcy. Wyjechałam z domu tylko raz, na wyjątkowe urodziny, wyjątkowego poety. O przyjęciu urodzinowym Stachury pisałam ostatnio, więc w tym wpisie wracać do tego nie będę. Sierpień nie był szalony, nie był też jednocześnie dobry. Na pamiątkę sierpnia zostawię fragment „Nieznośniej lekkości bytu” Milana Kundery: 
„Dwoje ludzi jest stworzonych w ten sposób, że ich miłość już a priori jest gorszego gatunku, niż może być (przynajmniej w tych najlepszych przypadkach) miłość pomiędzy człowiekiem a psem, to dziwactwo w historii człowieka, prawdopodobnie w ogóle nie zaplanowane przez Stwórcę.
Ta miłość jest bezinteresowna: Teresa niczego nie chce od Karenina. Nie domaga się od niego nawet miłości. Nigdy nie zadawała sobie pytań, które dręczą ludzkie pary: czy mnie kocha? Czy kochał kogoś bardziej niż mnie? Czy kocha mnie bardziej niż ja kocham jego? Możliwe, że te wszystkie pytania, które domagają się potwierdzenia miłości, które ją mierzą, badają, przesłuchują, również niszczą ją w zarodku. Możliwe, że nie jesteśmy w stanie kochać właśnie dlatego, że pragniemy być kochani, to jest dlatego, że domagamy się czegoś od tego drugiego (miłości), zamiast podchodzić do niego bez żadnych wymagań i pragnąć wyłącznie jego obecności”.

W wolnej chwili sprawdźcie w jakim momencie Teresa rozmyślała tak o psiej miłości, a tymczasem chodźmy już z tego sierpnia, bo wrzesień na nas czeka. 

Choć wrzesień rozpoczął się w czarnych kolorach, to mimo wszystko pod koniec najgorszego tygodnia mojego życia postanowiłam wziąć się w garść i pojechać znów na południe, do Katowic. W Kontenerach Kultury w Parku Śląskim miał się odbyć ostatni letni koncert. Co tydzień występowali tam rodzimi twórcy z pierwszych miejsc list przebojów, m.in. Organek, Tomek Makowiecki, Pustki, Lilly Hates Roses czy Krzysztof Zalewski. Koncert, swego rodzaju finałowy, miał być wyjątkowy. To znaczy, nie wiem jakie były założenia organizatorów, nie wiem jakie były poprzednie koncerty (na pewno super!), ale moim zdaniem ten był wyjątkowy. Zagrał Miuosh wraz z FDG. Orkiestrą. To polski raper, moim zdaniem jeden z najlepszych, który jest bardzo silnie związany ze swoim miejscem, ze Śląskiem. Choć słowo „patriotyzm/patriota” ostatnimi czasy kojarzy się niestety pejoratywnie, to ja nie zawahałabym się użyć go w odniesieniu do Miuosha. Ludzie z tamtych stron chyba w ogóle są bardzo związani ze swoim miejscem, bardzo je kochają, choć daje im ono często w kość. Nie wiem, tak mi się wydaje, takie mam wrażenie. I to jest piękne. Miuosh jedną ze swoich płyt „Piąta strona świata” nagrał przy współpracy ze znakomitym polskim bluesmanem Jankiem Kyksem Skrzekiem, nikt tak jak on nie wielbił Śląska, była to wielka gwiazda na brudnym śląskim niebie. Skrzek zmarł rok temu. Jednak Śląsk o nim nie zapomni, Miuosh się o to postara. Jedną ze swoich piosenek – „Cisza” poświęcił właśnie jemu, a ja słuchając jej stałam ze łzami w oczach. Przy piosence „Piąta strona świata” raper poprosił, by podnieść ręce w górę i razem z nim zaśpiewać dla Janka refren, ten fragment, który oryginalnie powinien on śpiewać, zaśpiewać tak głośno, by on tam w niebie usłyszał – „o mój Śląsku umierasz mi w biały dzień, o mój Śląsku niszczą cię twe fabryki”. To było piękne. Piękne jest to, że ludzie w taki sposób identyfikują się ze swoją małą ojczyzną. Muzyk zapowiedział, że wszystkie piosenki będą smutne i mi to bardzo pasowało, właśnie tego zewnętrznego smutku potrzebowałam, nie chciałam się radować i cieszyć z bycia z ludźmi, chciałam być sama. I wiecie co? Na tym koncercie, gdzie było ponad 1000 osób ja dostałam to, czego chciałam. W ciągu ostatniego roku byłam na wielu hip-hopowych koncertach, słuchałam najbardziej cenionych i znanych raperów (m.in. OSTR, Kaliber 44, Ten Typ Mes, Tede), ale nikt nie był tak dobry jak Miuosh, on podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, ciężko będzie go pobić, ja nie wiem czy ktoś w ogóle powinien się z nim zmierzyć. On stworzył nową jakość w hip-hopie, on idzie nową drogą, nie tak oczywistą i nie jest to utarta ścieżka do kariery. Kto był na choć jednym hiphopowym koncercie, ten wie jak one zazwyczaj wyglądają – muzycy aż szaleją na scenie, chodzą, skaczą, zabawiają publiczność, porywają ludzi ze sobą, a Miuosh po prostu stał, a wszystkie oczy były w niego wpatrzone, wszystkie ręce były w górze. To jest bardzo dojrzały muzyk, mimo młodego wieku. Nie wiem czy go znacie, nie wiem czy go lubicie, nie wiem czy po mojej notce wpiszecie chociaż jego nazwisko w youtube, ale tak naprawdę to nie jest ważne, ja Was wyjątkowo nie zachęcam do tego. Niech każdy trafi na niego w odpowiednim momencie. 




Przyjechałam do Katowic na jeden dzień i zanim trafiłam do Kontenerów Kultury, pojechałam do Tychów. Tam odbywała się coroczna impreza muzyczna „Rock na plaży”, zagrać miał zespół Cree, Dżem, Kasa Chorych i nie wiem kto jeszcze, bo ja pojechałam tam tylko spotkać się choć na chwilę z przyjaciółmi. Byłam na chwilę, słyszałam może jedną, może dwie piosenki. Sebastian Riedel śpiewał „gdzieś na dnie twojego serca pozostał tylko żal (…) Gdzieś na dnie twojego serca w ciemności deszczu łez ukrywasz wiarę swą”. A wiecie, takie bluesowe granie to naprawdę potrafi ukoić. Tak trochę. Wracając przez las na przystanek słyszałam jeszcze „Naiwne pytania”, które przypomniały mi najważniejszą z prawd, że w życiu piękne są tylko chwile. Koncert Dżemu zaliczyłam już w swoim życiu dwa razy, więc szczerze mówiąc nie miałam żalu, że nie mogłam zostać, ale na Cree muszę się kiedyś koniecznie wybrać. Może za rok, na kolejną edycję koncertu na plaży w Paprocanach. 





Tyle na dziś. Wypatrujcie zielonych jabłek i cydru, bo o tym w następnym wpisie! ;)